archive

Archives Mensuelles: mars 2013

apocalypse
(fotka od http://parissansquittermafenetre.blogspot.fr/)

sny o paryżu i po francusku powoli stają się standardem, prawidłowo przestrzegam też zasad żywienia à la francaise [obiad w normalny dzień NAJPÓŹNIEJ o 14 (ewentualnie weekendowy brunch:)), po południu obowiązkowy gouter(podwieczorek), po kolacji trzeba wymuskać talerz bagietką i zagryźć serem a wszystko zwieńczyć deserem, nie ma zmiłuj], a nonszalancja to moje drugie imię.

nie no, tak na serio nadal żyję, tylko gdzie ta wiosna? mój dzisiejszy spacer w deszczu piątej dzielnicy był uroczy, ale chciałabym już zrzucić kożuch.

Publicités

DSCF0106

powiem tak: czas pędzi jak szalony i chyba mam mu to troszkę za złe, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło jak mówi porzekadło.

w międzyczasie działy się rzeczy. rzeczy mniej i bardziej miłe pod różnymi względami, ale jako, że za dziesięć lat wolę pamiętać tylko te dobre, to te złe zakopię gdzieś przy grobie słowackiego na cmentarzu na montmartre.

1. sery wstąpiły na krótką chwilę do miasta świateł i chyba się dobrze bawiły, a ja razem z nimi! hitem tygodnia był wjazd na szczyt wieży eiffla w bezchmurny/słoneczny/ciepły dzień, gdzie mogłam się wysikać na wysokości 280 metrów, teraz mogę umrzeć w spokoju. robiliśmy jeszcze inne klasycznie paryskie rzeczy jak picie kawy w paryskich kawiarniach, opalanie się w ogrodach tuileries i szukanie kur z bronzu na pchlim targu.

2. wyruszyliśmy z etienne na poszukiwanie wiosny. zabrało nam to tydzień, a nawet i dłużej, ale w takim doborowym towarzystwie… znaleźliśmy trochę na promenade plantee (w postaci kwitnących drzew, kwiatów i dużej ilości słońca) i w lasku vincennes (zamek niestety był zamknięty, ale jeszcze tam powrócimy!), i na cmentarzu na montmartre (szczególnie w postaci kotów wylegujących się na grobach biednych paryżan), i spacerując po zgrabnych uliczkach wokół biustu dalidy (trzeba dotknąć, bo to przynosi szczęście!), zahaczając o winnicę, sexodrome i malownicze skwerki.
rozpieszczaliśmy też nasze kubki smakowe jedząc sushi i krewetkowy udon w mojej ulubionej susharni, stek z pycha sosem pieprzowym w RU i przygotowując coraz to lepsze dania w mojej skromnej izbie na simplon, takie jak omlet z pistacjami, słoniowe puree i smoothie red devil.
poza tym być może IN DA KITCHEN doczeka się reaktywacji (http://indakitch.blogspot.fr/), wyczekujcie z niecierpliwością!
byliśmy jeszcze w luwrze pooglądać mumie i hieroglify, a że o 21 to mało kto myśli o ukulturalnianiu się to mogliśmy korzystać z w miarę pustych korytarzy. potem obowiązkowo obserwacja la tour eiffel qui petille no i spotkanie z philippem etchebestem, żeby nie było cata(strophe).

3. ale prawdziwą wiosnę znaleźliśmy w sobotę u etienne w le plessis-belleville, gdzie przy temperaturze 16/17 stopni to już nawet nie potrzebowaliśmy szalików. spacer wśród pikardyjskich pól był bardzo udany, bo znaleźliśmy prawdziwe bazie i nory królików i wiosneny wiaterek i biedronkę, w ogrodzie krokusy, a w leclercu nawet liczi w syropie (co było nielada wyzwaniem, wierzcie mi!). mama etienne uraczyła nas prawdziwą choucroute czyli francuskim bigosem i dwukolorowym danette i boudin blanc (nie mylić z budyniem, to raczej biała kiełba), więc jest co wspominać. a my graliśmy jeszcze w samurajów i w kręgle i prawie skończyliśmy wielkie puzzle z tygryskiem syberyjskim.a, a na ulicy obok był pożar jednego z domów, bardzo przykre.

4. przyszedł nowy tydzień, a wraz z nim odeszła wiosna i powróciła zima. powróciła dosłownie, bo w poniedziałek, gdy się obudziliśmy to świat był przyprószony śniegiem, a dziś to nawet w paryżu śnieży cały dzień bez przerwy, wszystko białe, samochodów tyle, co kot napłakał, RERy i pociągi nie działają, kolejny koniec świata. ja za to mam bardzo przyjemny widok z okna.

5. do mniej przyjemnych rzeczy należy pisanie dossiers/prac, ale zajęcia okazują się czasem ciekawe, tak jak dzisiejszy wieczorek z rudzią, gdzie dowiedziałam się, że aby w niektórych afrykańskich szkołach dzieci mówiły po francusku (a nie w swoim języku plemiennym typu wolof czy bombara), nauczyciel zakładał dziecku, które mówiło w swoim języku, krowią czaszkę na szyje. następnie takie dziecko musiało znaleźć innego ucznia, który miał czelność mówienia po nie-francusku na terenie szkoły i wtedy czaszka zostawała przekazana temu delikwentowi. dziecko, które na koniec dnia zostało z czaszką na szyji musiało odbyć karę. ot, taka ciekawostka.

o, i naprawili nam windę.