archive

Archives Mensuelles: janvier 2013

2492851_img-7343

tego nawet w najśmielszych marzeniach się nie spodziewałam- dokładnie tydzień temu w paryżu spadła kupa śniegu, w sobotę/niedzielę padało chyba 24godziny bez przerwy, dzięki temu biały puch utrzymywał się całkiem długo jak na zimowy paryż, bo parę dni na pewno! śnieg sprawił, że w niedzielę cały serwis autobusowy był zawieszony (bo oczywiście zima zaskoczyła ile-de-france), ludzie byli jacyś podejrzanie podnieceni i radośni no i nawet porte de clignancourt prezentował się bajecznie, szok. z tego wszystkiego w piątek w nocy po półgodzinnym oczekiwaniu na autobus z palais maillot (swoją drogą moja noga już tam więcej nie postanie) zdecydowaliśmy się wracać na piechotę, a co tam 6 kilometrów o 4 nad ranem w minusowych temperaturach. na szczęście po 5 minutach wpadłam na genialny pomysł powrotu velibem, no i po chwili walki z automatem i zamarzającymi rękoma pędziliśmy już prawie pustymi ulicami 17tej dzielni, łamiąc po drodze chyba wszytskie z możliwych przepisów ruchu drogowego. klaudiusz był już na skraju stracenia swych rąk, na szczęśćie przeżył, no i ma nauczkę, że następnym razem trzeba brać rękawiczki hoho.

niestety zanim zdążyłam zaproponować śnieżną bitwę w parc des buttes chaumont wybyliśmy (ja, silvia, diana i klaudiusz) do amsterdamu, gdzie temperatury iście minusowe, a śniegu także co niemiara. co się odwlecze to nie uciecze, bitwa zaliczona w vondelparku w amsterdamie.
trochę smutek, że gdy dziś rano dojechaliśmy do paryżewa to po śniegu ani śladu :< a w przyszłym tygodniu +12, kto chce?

Publicités

wróciłam z 'prawie-wyprawy życia' na trasie paryż-londyn-oxford-londyn-edynburg-glasgow-paryż, nowiny już wkrótce! w domu/paryżu temperatury na minusie (olaboga!), a 50km od nawet kupa śniegu leży. może i ja się doczekam tego dnia, kiedy będę mogła odbyć śnieżną batalię w parc des buttes chaumont. grube bisous i niech żyje bagieta xx

paris-metro

wszystkich tych, co myśleli, że paryskim kloszardom żyje się jeszcze ciężęj w nowym roku, mogę zapewnić, że kloszardy mają się dobrze, i paryż też (mimo, że brak fajerwerków pod wieżą eiffla, czy w ogóle JAKICHKOLWIEK, musiał złamać serce niejednego turisty specjalnie sterczącego na champs des mars w oczekiwaniu na sylwestrową północ). ale do rzeczy, ja pod wieżą eiffla nie starczałam, jedynie zmokłam troszku na montmartre, gubiąc po drodze mój parasol, nadege i prawie całą resztę, więc nie pozostało mi nic innego jak wziąść prysznic i cierpieć w samotności, ale wcześniej skorzystałam z konwersacji z niemcami i prywatki w moim pokoju.

co poza tym dzieje się w 2013?

nadege uraczyła mnie kawą i swoimi bułgarskimi filozofiami, a potem pierwszy crepe w nowym roku- a jak! musiał być complete (szynka, SER, jajo) i to w najbardziej paryskiej creperie na rue mouffetard (to nic, że prawie cały personel to argetyńczycy, miejscówka jest tak staroświatowa, że aż palce lizać).
marvin i alex tak się stęsknili, że wczoraj na obiad obaliliśmy wielką kurę z ziemniorami, no i jeszcze z adolfo i jego brazylijskim chłopakiem. a wieczorem poszliśmy chyba do najberdziej murzyńsko- stylowego miejsca, a mianowiecie do comptoir general, które jest wielkim domo-barem-kinem-biblioteką-wszystkim w jednym.
a, i były urodziny michelle, z pysznym jadłem i balonami i alessandro nauczył mnie sztuczki z zapalniczką, i nauczyłam się grać w tarota.

był jeszcze dzień, kiedy chcieliśmy iść z klaudiuszem do catacombes, ale kolejka (bo sobota, aleśmy głupi!!) nas tak przeraziła, że nastąpiła zmiana planów- obtoczyliśmy pół paryża nowo otwartą linią tramwajową i poszliśmy do parc de la villette. tam naprawdę zaszaleliśmy, bo oprócz obiadu w macdo i podziwianiu ryb w akwarium, skusiliśmy się na film w la geode, czyli kinie w wielkiej srebrnej kuli (mimo, że cena trochę odstarsza, to naprawdę warto- doświadczenie jedyne w swoim rodzaju, a słonie i szymapansy były urocze), a potem na wystawę wynalazków leonarda da vinci i wszystkie inne wystawy w cite de la science. generalnie ja zostałam aż do zamknięcia o godzinie 18, między innymi podziwiając myszy z chorobą alzheimera, genetycznie modyfikowane kolby kukurydzy, kolorując wielką kolorowankę i bawiąc się sprężynami, których nie dało się dotknąć.

dziś była kolej na trochę kultury z wyższej półki, a więc wpadłam na chwilę do luwru. patrząc z pogardą na głupie tłumy pod moną lisą odkryłam najstarszy psi portret w historii malarstwa zachodniego i stwierdziłam, że kiedyś na obrazach malowano tylko jedną rasę psów. interesujące. na koniec jeszcze galeria sztuk pierwotnych- chyba przemawiają do mnie bardziej, niż wszystko inne. moim ulubionym dziełem sztuki został afrykański jeż z gwoździ.

lasek buloński (choć na razie tylko w kawałku) zaliczony, swoją drogą to tam psów jest chyba więcej niż w całym paryżu! noworoczna przejażdżka rowerowa także odhaczona, mi nawet ruch pod łukiem triumfalnym nie jest straszny, ha. no i czwartkowa wizyta u laurent na rue duloc była bardzo owocna, w końcu zobaczyłam te zniesławione apartamenty z widokiem na wieżę eiffla i przedyskutowałam istnienie niebieskookich psów. są takie, swoją drogą??

i w końcu odnalazłam mickiewiczowski trop, i to w samym sercu saint germain, i to na tablicy z ‘histoire de paris’. jak dumnie. a w mojej lodówce nadal nie brak polskich akcentów w postaci kabanosów.

ps. jutro do londynu, wracam jak wrócę, i módlcie się, żeby mój angielski nie okazał się no ten oublié, zapomniany.