archive

Archives Mensuelles: décembre 2012

pt24694

silvia siedzi już w swoich ośnieżonych włoskich górach, ja w tym czasie zdążyłam obejrzeć hobbita (ale niestety nie udało się zrobić filmowego maratonu w cenie jednego biletu, bo byliśmy w sali, z której wyjście jest na prawdziwie paryski paryż czyt. rzeczywistość), zepsuć metro, ‘wziąć’ wzamian autobus, posłuchać narzekań klaudiusza, najeść się happy mealem za jedyne 4 eurasy (uwaga uwaga, z deserem aka ananas i zabwką, której nawet nie umiem obsługiwać), wysprzątać cały dom i prawie opróżnić lodówkę.

dziś ostatni dzień na korzystanie z życia przed świątecznym powrotem do ojczyzny pierogami i bigosem płynącej, ale dużo nie wymyśliłam, poza obserwowaniem całkiem mokrego deszczu spływającego po szybach z widokiem na odnowioną witrynę fryzjera, wizytą w les halles, gdzie za zakup dwóch żeli pod prysznic dostałam super ekstra próbkę diora żadora (merci sephora), i ostatnim obiadem w resto u przed końcem świata (pokusiłam się o nadziewane pomidory aka danie dnia i tym razem całkiem dobry traf muszę przyznać).
do tego moonrise kingdom, dość sympatyczny film, i klaudiusz wyemigrował na weekend do wujostwa do creil, a potem bardzo romantyczna kolacja z dianą (czyt. przypalone grzanki + makaron, a co) i kolejny seans, tym razem przedświąteczny hugh i colin i byebye baby, czyli love actually, a potem marvin zaprosił nas na winko i na ser za 4 euro i wyjadłyśmy mu bagietkę i kiełbę i żelki i przyszedł alex i zrobił se jajka w koszulkach i j’y go.

a jutro muszę zrobić pranie i zmywanie i się umyć, olaboga. niech moc będzie ze mną.

*o jerome, lykke li*

Publicités

postcards-from-the-promenade-plantee-L-fFw8VX

dziś był godny dzień. po egzamie z phonologie mogłam się w końcu porządnie wyspać, zjeść miłe petit-dej w miłym gronie, a że pogoda dzisiaj była nadzwyczaj sprzyjająca wybraliśmy się z klaudiuszem na wyprawę życia. kierunek bastylia. podróż metrem umilił nam niezły bojsbend chyba trzech panów z rumunii grających na saksofonie, bębenku i bliżej nieokreślonym, chyba własnoręcznie wykonanym instrumencie (i ten pan puścił mi oczko, drżyjcie niewiasty), szkoda tylko, że nie było to ‘besame mucho’ (hit paryskiego metra), ale i tak niech żyje linia numer pięć.

po dotarciu do bastylii obczailiśmy tamtejsze wesołe miasteczko z przerażającą ‘karuzelą’ wysoką na 60metrów i obracającą żywe mięso z prędkością 120km/h jeśli wierzyć plakatom. może kiedyś tam wrócimy jak nasze żołądki będą mniej pełne, a kieszenie wypełnione nie tylko miedziakami.

naszym głównym celem był viaduc des arts i promenade plantée, mój faworyt jeśli chodzi o zwiedzanie na świeżym powietrzu. odwiedziłam nawet bardzo godny publiczny watercloset, pogadałam z wróblami i wpisałam do mego inwentarza ogrodów na dachu parę pozycji. klaudiusz przekształca się powoli w nadwornego fotografa, choć dziś dodatkowo udawał psa, nie wziął czapki i przegrał wyścig. tadam tadam, dotarliśmy do końca czyli do boulevard peripherique, czyli do obwodnicy paryża.

w poszukiwaniu dalszych wrażeń aż się wywróciłam, ‘comme omlette’, tracąc mój lewy łokieć, ale to nic to nic, saint-mandé okazało się być bardzo uroczym miasteczkiem z brzydkim ratuszem, masą policji i hotelem/świetlicą dla psów. będąc tuż koło ‘chateau de vincennes’ oczywiście się tam nie skierowaliśmy, bo dziś interesowały nas jeziora. jezioro numer jeden: z panią, która krzyczała na swego biednego psa, masą panów grających w petanque niedaleko, zwalonym drzewem i rue renault. jezioro numer dwa: biegliśmy ile sił w nogach (koło kamienic z portugalczykami i polakami i koło remontowanego zoo), aby pan nadworny fotograf mógł sfotografować zachód słońca, i się udało. i było bardzo pięknie muszę wam powiedzieć.

a potem dopadł nas głód- dobrze, że natrafiliśmy na macdo i na doublecheesa (pozdro sery!). czas na powrót: tramwaj niestety jeszcze nie działał, więc ‘wzieliśmy’ autobus, ale będąc w środku stwierdziliśmy, że liczba ludzi i jego zawrotna prędkość nas przerażają, więc zamieniliśmy na metro. w domu przywitała nas zmęczona życiem silvia i ciepła herbatka. ale to jeszcze nie koniec.

po zjedzeniu na kolację mniej lub bardziej godnych polecenia dań z picard (sos kebabowy to jednak nie to) kierunek champs-elysees i LODOWISKO! chyba minęło miliard lat odkąd śmigałam na jeziorku w baninie, więc byłam nieco sceptyczna jeśli chodzi o moje umiejętności. ale ale. po odnalezieniu się z aną i dianą odnaleźliśmy lodowisko (brawo za pomysł claudio- policja czasem wie takie rzeczy) i po zapłaceniu 7 eurasów mogliśmy szaleć do woli! zawiódł mnie tylko brak świątecznych pieśni, ale pseudofrancuski rap też dawał radę. obowiązkowa wywrotka zaliczona, foki i inne misie polarne kiwały głowami z aprobatą patrząc na postępy klaudiusza i na moje prawie piruety, a z daleka mrugała do nas nawet wieża eiffla (miałam wrażenie, że była trochę smutna, ale może jej przejdzie). bardzo udany wieczór zwieńczony prysznicem w oparach ‘tombe la neige’, najlepszej zimowej pieśni. a temperatura na minusie, dacie głowę??

illuminations-noel-a-paris-sapin-geant-1457264

chętnym opowiem historię tej o to choinki. pięknie ochrzczona ‘choinką SWAROVSKI Boże Narodzenie Wieku Galeries Lafayette Haussmann’, bo galeries lafayette obchodzi w tym roku setne uro, jest wysoka na 21 metrów i ozdobiona 120 kryształami swarovskiego (ps. swarovski ma tyle wspólnego z polską, co paryż ze śniegiem w tej chwili, czyli nul zero nada, właśnie się dowiaduje, że urodził się w czechach, a potem przeniósł do austrii, moje wszystkie marzenia legły w gruzach). i w tej chwili jest jedną z miliona choinek w paryżu. koniec historii. można ją podziwiać w samym sercu galeries lafayette, pod słynną kopulą prosto jak z bajki, ale odradzam chodzenie tam w weekendy, kiedy bogate japonki i jeszcze bogatsze dubajki rzucają się na torebki diora i perfumy chanel.

dziś widziałam choinkę numer dwa, ale za to numer jeden w europie- na ‘magicznym’ place de la concorde wznosi się podobno najwyższa choina w europie, 35 metrów i prawie 10 ton i przyjechała prosto z moselle, co zabrało jej i jej konwojowi dwa dni i jedną noc i się świeci jak wszystko w tej chwili w okolicy champs-elysees. czasem za dużo jak na jedną parę oczu. dla chętnych foty i bardzo fascynujące filmiki pod tytułem ‘ścięcie’, ‘podróż’ i ‘montaż’, polecam gorąco- urszula morawska.
http://www.paris.fr/loisirs/les-grands-rendez-vous/noel/un-sapin-geant-place-de-la-concorde/rub_10064_actu_122133_port_25226

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

na dobry początek dnia spacer po montmartre i samotna wieża montparnasse jeszcze nikomu nic złego nie zrobiły.

pod sacre-coeur znowu rodzą się jakieś stragany z plastikowymi mikołajami i kanadyjskimi kominiarkami.
ale znalazłam mój ogród na dachu! cudo.

dziś wieczór w planach phonologie/phonetique party z olgą, która swoją drogą być może poczęstuje mnie mrożoną paellą z leclerca, podobno palce lizać.

ps. doszły mnie niusy, że mają zakazać jedzenia kiełbasy w warszawskich autobusach..

DSC_1557

parc de la villette w jesienno-niedzielne popołudnie.

*
nie ma to jak chorować w czasie wszystkich egzaminów i deadlajnów na różne dziwne prace, z exposé o polskich więzieniach i śmiesznym posterze do pani grosso modo włącznie. ale dziś dzień przerwy, jest szaro, a drzewo pod moim oknem jest już prawie całkiem ogołocone z listowia, skończyła mi się bagietka i mam zatkany nos.
zeszły tydzień był mile wypełniony kulturalnymi atrakcjami- koncert florence + the machine- teraz mogę już umrzeć w spokoju, cirque du soleil w bercy- dobra motywacja na codzienne rozciąganie, a w piątek klaudiuszowa rozkmina nad kupnem mikrofalówki za 39 eurasów i sushi a volonté- muszę tam zaprowadzić serów jak wbiją w lutym do paryżewa! w sobotę musée grévin czyli jean reno i serge gainsbourg z wosku- nawet bez gorączki czułabym się trochę jak w piekle turistas (tym razem francuskich hmhm), no ale nic, zobaczyłam, przeżyłam i się nauczyłam- NIE CHODZIĆ DO MUZEÓW W SOBOTY.

i były jeszcze urodziny irene z une tres bonne pizza i muszę w końcu umówić się z nadege na kawę i spróbować kasztanów (tylko, że te z placu pigalle nie istnieją!) i objechać cały paryż tramwajem i znaleźć moją przyszłą kamienicę z ogrodem na dachu.

magiczny czas tłumów w sklepach już się zaczął, dekoracje świąteczne można znaleźć już dosłownie wszędzie- nawet na witrynie minacenter bazar boutique, a ja się boję postawić moje stopy na champs-elysées, albo na targu w la défense. wolę przemknąć jakąś niepozorną uliczką, bo tylko tam można znaleźć ogłoszenia o zgubieniu delfina albo psa sdf.

jutro mikołajki bez prezentów, jak ja to przeżyję?! chyba ofiaruję sobie porządek w szafie i szalik z fretki.