archive

Archives Mensuelles: novembre 2012

okej, co jakiś czas należy się turystyczno-romantyczna focia z ajflem i różowym niebem, a więc voila.

co do wydarzeń ostatnich dni to wczoraj diane kruger zapaliła bożonarodzeniowe oświetlenie na champs-elysees aka najpiękniejszej alei świata (według direct matin), można też już kupować świąteczne torebki prady i perfumy chanel w galerii lafayette, gdzie swoją drogą największą atrakcją jest choinka (lub choina) przystrojona kryształami swarovskiego, oraz witryny z ruchomymi lalkami godnie prezentujące buty i kuferki i inne cuda od louisa vuittona.

wydarzenie numer dwa: nasze zajęcia z agrotologie na głównej sorbonie będą częścią reportażu w M6 (wow wow) jakoś w grudniu, już niedługo będę się musiała chować przed paparazzi. na wywiady jeszcze nie byłam gotowa, jestem za to gotowa zrobić pranie i umyć okna, wszystko, żeby nie zaczynać pisać tych przeklętych dossiers. to się nazywa prokrastynacja, moi drodzy, i jest to bardzo niedoba rzecz. chociaż swoją drogą, milej jest pracować przy czystych okanch, czyż nie?

wydarzenie numer trzy: odwiedziłam paryskie kozy, pawie, kury i byki w jardin d’acclimatation, gdzie oprócz pięknych jesiennych kolorów można też skorzystać z wielorakich atrakcji typu karuzele i hollywood, raj dla burżujskich dzieci.

co najważniejsze, urodziny silvii zostały godnie odtańczone w palais maillot (gdzie najlepszą rzeczą są żyrandole!) oraz objedzone raclette i fondue, tylko potem zmywaj te gary przez dwa dni.. w sobotę wieczór uwaga uwaga był diner (czytaj pizza z intermarche) u marii hiszpanki (swoją drogą ja, claudio i marvin byliśmy jedynymi nie-hiszpanami wśród 12 osób bodajże), która mieszka w supcio mieszkaniu przy les halles, ma nawet TELEWIZOR, który po niekrótkiej chwili został uruchomiony przez majsterkowiczów alejandra i claudia, brawka dla nich. dzięki temu mogliśmy obejrzeć DANSE AVEC LES STARS czyli francuski taniec z gwiazdami, ileż emocji! a już myślałam, że niżej niż u nas to zejść się nie da.

dziś przyszły dobre wieści z CAFU, czyli, że będę dostawać 75 eurasów miesięcznie jako dodatek mieszkaniowy i zaszlałam kupując prawdziwy francuski pasztet, i jedząc na obiad tzn. kolację stek z ryżem. no i paryż pierwsza klasa= madelaine + concorde + tuileries + luwr baj najt, i świeci księżyc, a chmury pędzą, nie to co w rumunii.

ale obowiązki wzywają. bonsoir mon lit.

Publicités

1. pomoc japońskim turystkom w poszukiwaniu restauracji- bezcenne. przy okazji już wiem gdzie jest rue de l’ancienne comedie.
2. w RU zabrakło dla mnie mojej ukochanej tarty cytrynowej, smutek :<
3. zimno zimno zimno, a rano miało być słońce.
4. przyszedł adolfo i podziwiał naszą misę z warzywami, a alex dał nam prawdziwej hiszpańskiej czekolady 'hecho con tus suenos', ja do moich marzeń dodałabym jeszcze trochę tiramisu.
5. paris is priceless.

souvenir /su.və.niʁ/ masculin
Impression que la mémoire conserve.

zdjęcie wszystko tłumaczy. moje początki kloszardowania trzy lata temu pod l’hotel de ville, jakie godne berety! tak mnie naszło na paryskie wspomnienia z naszej pierwszej wyprawy do latin corner i nie tylko (pozdro żydy!!), ale nie bez powodu. otóż w sobotę odbyliśmy (ja, silvia, claudio, alin i michelle) bardzo miłą wycieczkę do rueil-malmaison (czyli bardzo symaptycznego miasteczka na zachód od paryża, gdzie mieszkałyśmy u claire trzy lata temu). co nas tam czekało? jesienny parko-las, ratusz z bębniarzami w różowych szatach, całkiem całkiem kościół, zamek józefiny żony napoleona (nieczego sobie swoją drogą) no i przede wszystkim niesamowity spokój i cisza. pożegnała nas niezła ulewa, przez co byliśmy zmuszeni zrobić na kolację raclette z polskimi kiełbami i kabanosami i ziemniorami i winem.

co do innych ważnych ewnenementów ostanimi czasy to diana spóźniła się na swój pociąg do lille, nauczyłam się, że bocheecha to najpiękniejsze portugalskie słowo, a dziś urodziny silvii (z tej okazji ponownie makaron z łososiem), chociaż tak naprawdę będziemy świętować w piątek. szkoda, że moje urodziny są w lipcu, kiedy to nikt nie będzie skory kupić mi swetra w owce :<

w niedziele po sprzątnięciu wszystkiego, co się da (nie ma to jak prokrastynacja) wzięłam się troszku do nauki, ale z racji, że trzeba było się przewietrzyć wybraliśmy się do parc de la villette (czyt. dalszy ciąg zapoznawania się z paryskim wachlarzem parków), a potem do bastylii z laurent obgadać jego strój rekina i wyprawę łodzią dookoła świata. tfu, europy.

a w poniedziałek nasze zajęcia z argotologie będą w głównej sorbonie i będziemy w telweizji, ot co! szykujcie zeszyciki na autografy.

nie ma to jak dobrze wykorzystany dzień! obiad w resto-u (pizza, sałatka i tarta czekoladowa) i ciężko się było ruszyć, ale że pogoda całkiem dopisywała (nic nie kapało z nieba, swoją droga koloru papieru tojletowego słabej jakości), a klaudiusz postanowił opuścić dzisiejszy staż (bo zjadł za dużo, ale i tak nie wierzę) to wybraliśmy się na przechadzkę po 6 dzielni, spotykając po drodze smutnego psa i pełno galeryjek sztuki, a potem spotykając nawet wampiry na pont des arts, które jak się okazało kręciły reklamę telefonów a la twilight. swoją drogą były to bardzo miłe ( i francuskie!) wampiry, mimo bladości i czerwonych oczu, więc zostaliśmy tam parę dobrych chwil, aż zrobiło się piekielnie zimno. wtedy nadeszła chwila podjęcia ciężkiej decyzji pod tytułem co robić. luwr? metro? dom? marznąć dalej? kino!! wpadliśmy na genialny pomysł, więc myk na champs-elysees, w kinie było ciepło, wygodnie i skorzystaliśmy z super claudiowej karty o nazwie dwwa bilety w cenie jednego, no i co najważniejsze obejrzalim bardzo godny film, argo. więc jak będziecie mieli okazję to obejrzyjcie. ARGO. potem jeszcze takie tam turystyczne rzeczy typu świecąca wieża eiffla, paryski dom aukcyjny, tunel princess dajany i zapchane metro.

a teraz sobie z silvią robimy makaron z łososiem i jest francja elegancja.

jak coś to żyję i mam się całkiem dobrze, oprócz faktu, że rozlałam dziś kawę na wszystko, co było pod ręką, a wieczorem ta sama historia z wodą… to chyba roztrzęsienie spowodowane pierwszym egzamem (którego póki co pozwolę sobie nie komentować, aby zachować pozory), albo wczorajszym spotkaniem z bondem, albo wyborami w ameryce, którymi nawet francuzi się ekscytują.

poza tym wersal zaliczony (pozdro morawski i monika!), a w tym tygodniu kontynuuje zapoznawanie się z wachlarzem paryskich parków i terenów zielonych, bo pogoda sprzyja. rozpoczęłam także intensywną naukę portugalskiego, a mój turecki sięgnął już poziom potrafienia przeczytania tekstu o mustafie, który pracuje w banku. jest dobrze.

ps. kto mi wytłumaczy skąd biorą się stada mew w parku tuileries?