archive

Archives Mensuelles: octobre 2012

na zakończenie weekendu czas się trochę ukulturalnić, nadeszła więc chwila na wizytę w centre pompidou, czyli mekce sztuki współczesnej. do mnie i silvii dołączyła ana hiszpanka i omer- nasz francusko-kameruński ziom z rezydencji, z którym swoją drogą umówiłam się na przeprowadzenie wywiadu do mego dossier na zajęcia pani grosso modo.
kolejny mroźny (ca caille!!), lecz słoneczny dzień, nie obeszło się bez rękawiczek i czapki, a jakże. co do samego muzeum- jak dla mnie jedno z lepszych miejsc w paryżu, picasso, kandinsky, duchamp, kupka, plus różne świetlno-muzyczne instalacje, mnóstwo kolorów i dziwactw, dzieło sztuki o zapachu goździków, czarno-białe zdjęcia much, czyli to co lubię. poza tym nocny widok na paryż i wowwowwow la tour eiffel qui petille o godzinie 7 wieczór!! a że po dobrych 3 godzinach patrzenia zrobiło się głodno i chłodno, i że kościół świętego eusatchiusza był zamknięty (smutek :<) to stwierdziliśmy, że czas na powrót. kolacja godna niedzieli czyli kuskus silwii + smażone rzeczy typu indyk, warzywa i bagietka, co jak co, ale dobre jedzenie do podstawa.

wczoraj swoją drogą odkryłam najwspanialsze miejsce na księżycowe spacery z widokiem na dachy i wnętrza paryskich kamienic (viaduc des arts!), krwawiący budynek i skejtpark w bercy, aż miło popatrzeć. wszystko to dzięki mojej wyprawie do decathlonu, doprawionej mrożonym wiatrem, przejażdżką velibem wśród kolorów jesieni i zakupach w intermarche u mojego ulubionego pana kasjera. ciekawe, co sobie pomyślał widząc w mojej siatce zielone hantle.

jutro dzień rozpoczynam turasem ❤ aż chce się żyć. merhaba, teszekur ederim i memnum oldum.

wiem, wiem, wieża eiffla, nawet z innej perspektywy niż zwykle to paryski kicz, cliche i kompletnie nieparyskie podejście do sprawy. ale musiałam, wybaczcie. nie na codzień robi się spacery po burżujskiej 16tej dzielnicy.

poza tym, doszły mnie słuchy, że w ojczyźnie zawitała zima w środku jesieni, typu śnieg, bałwany i te sprawy. jeśli ktoś by się martwił, że ja i inne kloszardy umieramy tu z tego samego powodu to zapewniam, że jeszcze nie- tutaj póki co po bardzo letnim początku tygodnia nadeszła sroga jesień z temperaturami około 10 stopni, hulającym wiatrem i wirującymi liśćmi, nocą dobrze jest zaopatrzyć się w cieplejszy sprzęt typu czapka i rękawiczki, ale do biegania nadal starcza tylko jedna bluza. swoją drogą to wczoraj wbiegłam pod samo sacre-coeur, wyczyn tygodnia, ale niestety po nieszczęsnej wieży eiffla ani widu ani słychu,mgła robi swoje, turistas też mniej, to niewątpliwie znaki, że zbliża się czas jedzenia kabanosów i oglądania starych filmów przy podrygach mozarta.

a w przyszłym tygodniu wielki ewenement- nie dość, że halloween i uro kozy to jeszcze pierwsza oficjalna wizyta morawskiego wraz z monią (pozdro!).

z tego wszystkiego idę zjeść mój makaron z tuńczykiem, groszkiem i marchewą. a na deser spacer wśród wyziewów z metra. la classe quoi.

czyli sobotni spacer w poszukiwaniu zagionego paryża i delfina wałęsającego się gdzieś wśród gejowskich kwiaciarni, pustych uliczek i upadłych kasztanów.

a tak swoją drogą to serdecznie polecam PARKI, szczególnie w takie słoneczne dni (22 stopnie w pon!) jakie się ostatnio pojawiły. parc des buttes-chaumont, gdzie mamy jeziorko, altankę ( a raczej temple de la sibylle, czyli świątynie sibylii) na szczycie skał z pięknym widokiem na montmartre, białe drzewo, prawdziwą grotę z wodospadem i prawdziwych dżogujących i wypoczywających paryżan jest to park założony w miejscu dawnego kamieniołomu i obecnie piąty co do wielkości teren zielony paryża.
oprócz tego odwiedziłam też parc andré citroën (tak tak, to ten pan od samochodów), czyli park założony w miejscu dawnych fabryk tychże aut (które wcześniej były fabrykami broni!), bardzo nowoczesne, zielone i biznesowe miejsce, idealne na opalanie we wtorkowe popołudnie lub rejs balonem za 10 euro. nie no, przesadziłam, rejsem tego nazwać nie można, najwyżej unoszeniem się w powietrzu na wysokości 150 metrów. a później można odbyć wycieczkę tramwajem wzdłuż południowej granicy paryża, zahaczyć o stade charlety (gdzie można grać w rugby, pozdro kozi!), nie kupić papieru toaletowego (ale za to jabłka za jedyne 1,19euro/kilo!!) i zjeść makaron z tuńczykiem.