archive

Archives Mensuelles: septembre 2012

dziś (sobota) w planach był vintage shopping z corinne (ona jest luxembourgoise, pięknie się to wymawia, c'nie?), więc uderzyłyśmy na metro saint-paul, czyli le marais, czyli bagno, czyli dzielnia żydowska, gejowska i jedna z najstarszych miejsców w paryżu. polskie lumpy to jednak nie to samo co lumpy paryskie, tutaj można kupić martwe fretki i liski za 10euro, świecące swetry, które normalnie byłyby szczytem kiczu, a tutaj są najpiękniejsze na świecie oraz torebki z krokodylej skóry za jedyne 70euro (to akurat był lump luksusowy). po mniejszych i większych łowach trafiłyśmy jeszcze na vinatge bazar, który miał dziś miejsce, potem trafiłyśmy na drina przy l'hotel de ville, a potem na prawdziwą izraelską pitę z kurą i aubergine (bakłażanem). wszystko to przy słonecznej (o dziwo!) pogodzie i niemałym tłumie wygłodniałych paryżan i zagubionych turistas. w tojlecie byłą lampa zmieniająca kolory, w metrze był ścisk i murzyńska dziewczynka, która robiła do mnie miny z przeciwległego peronu, a w domu była amelie poulain w towarzystwie diany i silvii i claudia, który się zmył. i podobno basen z amelii znajduje się 3 minuty ode mnie, trza obczaić!

historia jest taka: poszłam z thomas, który jest szwajacarskim czechem, do kina na montparnasse, z wizją obejrzenia tego właśnie filmu, i przed wejściem zrobiłam interes życia kupując od pana francuza bilet za 5euro zamiast 9euro i 10 centów, film może bez super szału, ale nie codzień ogląda się francuskie filmy animowane, w których gołębie (i nie tylko) popełniają samobójstwo, a paryż jest smutny,szary i bardziej przypomina koreę północną niż paryż prosto z pocztówek. no i dowiedziałam się, że po czesku kino to divadlo czyli dziwadło czyli wszystko gra.
i morał z tego filmu taki, że lepiej jeść naleśniki niż myśleć o śmierci.

 

– za 100 euro prezentu za otwarcie konta (LCL poczciwy bank mimo masy paperasów)

– za jesień, z kasztanami, kałużami i szarymi chmurami wiszącymi złowieszczo nad notre-dame

– za vinatge boutiques, w których można znaleźć kaszmirowe płaszcze i skórzane torebki i złote kolie za 5 eurasów

– za to, że wyjście w piżamie po bagietkę jest rzeczą najnormalniejszą pod słońcem a nawet pod deszczem

– za miejsca, w których za 1 euro mogę kupić kunderę, salingera i zolę, a jak nie to poradnik rybaka (swoją drogą ciekawe czy istnieją poradniki dla kloszardów?)

– za to, że zawsze jest co robić, nawet gdy klepiesz biedę

– za darmowe muzea

– za metro, bo tylko tam mogę spotkać biznesmena w garniaku i różowej koszuli dłubiącego w nosie

 

a za co paryża nie kocham…. to już inna historia.

 

 

poniedziałek/lundi:

pobudka przy dźwiękach deszczu i jeszcze lekkich pokasływaniach, ale nie ma co narzekać, nowy tydzień rozpoczęty, na dodatek z zajęciami w poniedziałki do 19.30!

no więc tak, rano w metrze jak zwykle albo się czyta direct matin, albo się słucha kloszardowych pieśni, albo się obserwuje francuzów/turistas, którzy wsiadają z walizami na gare du nord/ gare de l’est, albo się cierpliwie czeka aż się dotrze do tego st-germain-des-pres (nierzadko zdarza się pauza około 2minutowa akurat na stację przed, masz ci los, znowu się spóźnisz!). dziś ja i basak (moja niemiecka sąsiadka, która studiuje mniej więcej to samo, co ja) z małym potknięciem i z goniącym nas deszczem wkroczyłyśmy na zajęcia z tureckiego, które okazały się nie tylko zajęciami z tureckiego, ale także z obserwowania nauczyciala/klasy i wzajemych oddziaływań, bo trzeba będzie napisać rapport d’observation. pani prof okzała się zresztą bardzo równą babką, więc myślę, że będzie niezła zabawa. od przyszłego tygodnia będę już mogła zamawiać prawdziwe kebaby!

potem argotologie z ukochanym panem goudailler, który tak samo jak w zeszłym tygodniu nie ogarniał rzutnika, a jak ogarnął to zaczęliśmy wspaniałe zajęcia o verlan (dla tych, co nie wiedzą, to niech se sprawdzą w wikipedii, albo ja powiem krótko, to jest taka odmiana slangu (?), w którym się przestawia sylaby wyrazu, czyli na przykład zamiast ‘chinois’ (chińczyk)  powiemy ‘noichi’, ogólnie jest to wszystko bardzo ouf!). po przerwie na bagietkę z mozarellą miała być phonologie/phonetique numero uno znowuż z panem g., ale jak się potem okazało (bo ja wyszłam po 45minutach czekania…) błądzić jest rzeczą ludzką, nawet jak się jest francuzem, i pan g. pomylił godziny.

to nic, ja w międzyczasie zdążyłam odebrać moją kartę z banku, przejść się osnutymi w poniedziałkowo-jesienno-kasztanowo-liściowej melancholii uliczkami 5tej i 6tej dzielni docierając do l’ile st-louis, obejść ją wokoło w poszukiwaniu bóg-wie-czego, przejść obok turistach oblegających notre-dame, posiedzieć pod słynną księgarnią shakespeare and company, gdzie moja prywatność została prawie naruszona (wypatrujcie paryskich reportaży na bbc!!), kupić dwie księgi u gilberta (za jedyne 2 eurasy 50 centów!), zapalić świeczkę w kościele st-germain-des-pres i poobserwować dzieci rzucające kasztanami w pomnik pana, którego imienia ani nazwiska niestety już nie pamiętam. tak wyglądało moje okienko, a właściwie okno.

o 18 dotarłam na wykład z phonolgie/phonetique z….. tadam tadam… panem goudailler, a jakże! robiliśmy różne rzeczy w stylu cv i cvc i blabla, bo ja byłam już myślami w krainie pod tutułem co- dziś- zrobię- na- kolację. po 20 byłam na swoimi bulwarze, gdzie mimo psiej pogody pan kukurydziarz nadal prażył swoją kukurydzę i orzeszki ziemne na (kradzionym/znalezionym?) wózku supermarketowym, a w kebabistanie ceny nadal korzystne.

na kolację zaszalałam: pates + lardons + tomates + olives + sauce bolognese + fromage.

jutro ma padać, a nam się skończył papier toaletowy.

 

niedziela/dimanche

po prawie cudownym uzdrowieniu czas na przejście się kawałek w stronę niedzielno-rynkowewego porte de clignancourt i obiad u claudia w postaci papierowego talerzyka z kurczakiem w sosie śmietanowo-pieczarkowym, ryżem i pomidorami, bardzo godnie jak na studenckie waruny.

potem odwiedziny w musee de la vie romantique (zdarma!), gdzie można podziwiac m.in. bardzo wiejski domek w samym środku paryża (metro pigalle, 9ta dzielnia) z mnóstwem obrazów, biżuterii, starych tapet i odlewem ręki chopina (tak, tego polskiego szopena!) oraz uroczą kawiarnią. niestety wszystkie stoliki zajęte, więc pomaszerowaliśmy dziarsko przez jeszcze bardziej sielski montmartre, obok ściany miłości, grajków na schodach, winnicy, różowej kawiarni i kloszardów-saksofonistów do mojej rezydencji aka akademika, bo o 19 miała być powitalna kolacja dla wszystkich nowych ( i starych też) mieszkańców. na szybko zrobiłam sałatkę z resztek w lodówcę (skłamałam, w dia- jest otwarta w niedziele do wieczora! olaboga! kupiłam sałatę lodową i pomidory) tzn. sałata, pomidory, papryka, winogrona, bazylia i grillowana bagietka… nie chwaląc się znikła w try miga. silvia (moja współlokatorka) poszła z pustymi rękoma, skandal. claudio zrobił (tzn. kupił u araba z naprzeciwka) kurę za 4,90 euro, alejandro i marvin (nasi sąsiedzi z hiszpanii i niemiec) przygotowali tortillę i ziemnie w occie (bardzo niemieckie, ale całkiem zjadliwe). w hallu rezydencji stał juz suto zastawiony stół, było sushi, zupa rybna (z finlandii?), placki ziemniaczano-czosnkowe (to czechy), kuskus prosto z niemiec no i francuskie specjały pod tytułem ser, ser, makaron i ser. bardzo to wszystko było sympatyczne, szczególnie, że oprócz bardzo aktywnych erasmusów pojawili się prawdziwi francuzi, niedowiary! i murzyny! był zac (tak,tak, zac efron!), homer  (ten z simpsonów) i ludze, których imion nie pamiętam, ale jestem pewna, że oni pamiętają moje. i z tego, co słyszałam to planowana jest bibka na halloween, więc szykujcie stroje!

zasnęłam śniąc o poniedziałkowych zajęciach do 19.30

jest być z czego dumnym!

podobno najlepsze bagietki w paryżu wypiekane są przez pana sébastiena mauvieux z boulangerie przy rue ordener numer 159, a to, jak się okazuję, rzut francuskim beretem (400m?) od mojej rezydencji! trza będzie to obczaić i schrupać z carrefourowym camembertem!

coroczny konkurs na najlepszą bagietkę w paryżu organizowany przez merostwo odbywa się w maju, zwycięzca otrzymuje 4 tysiące eurasów (ile to bagietek??) i przez rok ma zaszczyt dostarczać pieczywo do pałacu elizejskiego (który zresztą widziałam i dotykałam na własne oczy w zeszłą niedzielę podczas journees de patrimoine, niezłe bibki tam muszą mieć, bo gotują w miedzianych kotłach, a nad ich głowami dyndają kryształowe żyrandole). każda bagietka biorąca udział w konkursie musi spełniać kryteria pod tytułem: długość między 55 a 65 cm i waga między 250 a 300 gram. Jury złożone przez szacownych piekarzy, znanych gastronomów, dziennikarzy i sześciu internautów ocenia także stopień wypieczenia, smak, miąższ i zapach.

to co, kto ma chrapkę na 4 tysiące eurasków?